Kilka tygodni temu „Puls Biznesu” postawił dość odważną tezę, że Polska mogłaby stać się „fotowoltaicznym eldorado”, jeśli tylko ustaw o OZE wejdzie w życie w obecnie procedowanej formie. Zdaniem publicysty może do tego przyczynić się wysokość wsparcia gwarantowana producentom zielonej energii w instalacjach fotowoltaicznych. Jednocześnie premier naszego rządu na pytanie czy Polska to dobry kraj do rozwoju fotowoltaiki, odpowiedział krótko: NIE.
piątek, 10 maja 2013
Czy będziemy „ziemią obiecaną”?
czwartek, 28 lutego 2013
Bez paragrafu ani rusz
Energetyka prosumencka to temat, który pojawia się w dyskusjach publicznych coraz częściej. Ma stanowić antidotum na nadchodzące problemy, związane z deficytem energii elektrycznej, a wynikające z konieczności wyłączenia części bloków energetycznych. Czy rzeczywiście mikrokogeneracja i przydomowe elektrownie wiatrowe i fotowoltaiczne mają szansę wypełnić energetyczną lukę? Czy jest to dobry kierunek rozwoju rynku elektroenergetycznego? Czy przyniesie spodziewane efekty w postaci megawatów, a potencjalni prosumenci będą zainteresowani inwestycjami w mikro źródła energii?
środa, 17 października 2012
Konferencje dwie, dylemat jeden
Dwie konferencje, dwie odmienne grupy ekspertów, różne – choć z tej samej branży – poruszane zagadnienia, i... ten sam motyw przewodni. W obu przypadkach raczej niezamierzony przez organizatorów, choć wygląda na to, że najciekawszy i budzący najwięcej kontrowersji.
Nie sztuka zorganizować konferencję branżową i zaprosić mówiących jednym głosem specjalistów. Sztuka dobrać prelegentów tak, żeby mogli żywiołowo podyskutować, bo ich spojrzenie na problem jest skrajnie odmienne. Udało się to zarówno podczas debaty "Kogeneracja rozproszona jako filar gospodarki niskoemisyjnej", jak i IX Kongresu Nowego Przemysłu. Pierwsze spotkanie poświęcone było znaczeniu mikrokogeneracji dla całego systemu energetycznego Polski, który – nie ma co ukrywać – potrzebuje szybkich i skutecznych rozwiązań w kontekście zbliżających się wyłączeń bloków energetycznych. Z kolei Kongres Nowego Przemysłu w zamyśle miał nakreślić perspektywy rozwojowe naszej energetyki zawodowej i gazownictwa. W obu przypadkach okazało się jednak, że najbardziej burzliwa dyskusja dotyczy pieniędzy. Co ciekawe nie w kontekście „skąd je wziąć”, tylko czy na pewno „trzeba je wydawać”.
Dopłacać? Prywatyzować?
Mikrokogeneracja, a więc przydomowe źródła energii, wytwarzające do kilku, czy kilkunastu kilowatów, zostały niestety przez projekt nowej ustawy energetycznej potraktowane po macoszemu. Bo niby trochę można je potraktować jak odnawialne źródła energii (a na to będzie nawet odrębna ustawa), ale nie do końca, gdyż mikrokogeneracja to także energia z gazu czy węgla. Według większości ekspertów jest to doskonałe uzupełnienie deficytu energetycznego, gdyż w przeciwieństwie do OZE stanowi bardzo stabilne źródło mocy. Dlatego też należy mu się wsparcie finansowe państwa, przynajmniej w formie preferencji. Z kolei przeciwnicy tej teorii twierdzą, że mikrokogenerację – podobnie jak większość najzwyklejszych biznesów – należy traktować w kategoriach ekonomicznych, bo dlaczego dopłacać do produkcji? To przecież zachowanie absolutnie nierynkowe.
Z podobnym dylematem zmierzyli się zaproszeni eksperci, dyskutujący na temat docelowego modelu polskiej energetyki zawodowej podczas kongresu Nowego Przemysłu. Tu jednak „spięcie” było znacznie wyraźniejsze, gdyż dyskutanci podzieli się bardzo wyraźnie na zwolenników i przeciwników prywatyzacji grup energetycznych. Czy państwo powinno mieć swoje spółki i w nie inwestować, czy może lepiej sprzedać je dużym międzynarodowym grupom energetycznym, które bez wątpienia wiedzą, jak na prądzie robić biznes. Wizja właściciela, którego decyzje uzależnione są od chwilowej konfiguracji politycznej kontra przejęcie strategicznej branży przez obcy kapitał. Prawdziwy merytoryczny spór specjalistów. Aż miło się tego słucha.
Prawdziwy dylemat
Ale co z tego wynika? Bo że energetyka jest dla kraju branżą strategiczną, nie ulega wątpliwości. Czy jednak w związku z tym państwo ma w nią inwestować? Przecież powinna opierać się na prawach rynku – jest wkład, jest produkcja, jest sprzedaż, jest zysk.
Tego dylematu nie podejmuję się rozstrzygnąć. Zresztą nawet najtęższe głowy ekonomii nie są w tej kwestii zgodne. Do mnie dociera jednak jeden argument, który – choć mocy – nie ułatwia decyzji. Argument, który padł podczas debaty o mikrokogeneracji – bezpieczeństwa energetycznego Polski nie wolno rozpatrywać w kategoriach ekonomicznych...
Sławomir Dolecki
czwartek, 4 października 2012
Ustawa o OZE. Może będzie, a może nie...
Nie jest dobrze. Trójpak energetyczny rodzi się w bólach, wiele środowisk ma zastrzeżenia do planowanych zapisów, a tu na horyzoncie pojawiają się kolejne czarne chmury – być może ustawa o odnawialnych źródłach energii zostanie z ustaw energetycznych wyłączona i uchwalona ... nie wiadomo kiedy. Nic dobrego wyniknąć z tego nie może. Mało tego, już wiadomo, że nic dobrego nie wynika nawet z publicznych dywagacji na ten temat...
Komplikacja czy brak przeszkód?
Wiceminister gospodarki Mieczysław Kasprzak zastanawia się, co z tym fantem zrobić. Wyłączyć ustawę o OZE z „trójpaku”, przenieść pewne elementy regulacyjne z innych ustaw, a może część zapisów wprowadzić do innych aktów prawnych? A w ogóle, to regulacje miały zostać uchwalone do końca roku, a szanse na to są coraz mniejsze.
Stawką w grze są także ustawy Prawo energetyczne i Prawo gazowe. Wszystkie potrzebne. Na każdą z nich czeka rynek.
– Jednoczesne procedowanie w Sejmie trzech ustaw jest niemożliwe. Rzecz polega na tym, że w jednej ustawie odwołujemy się do drugiej. W ustawie o OZE są odwołania do tej energetycznej i to komplikuje sprawę – wyjaśnia Mieczysław Kasprzak.
Wyjaśnia? Jak dla mnie nie bardzo, ale wiceminister dodaje też szybko, że te odwołania znajdują się w kilku miejscach, więc przyjęcie ustaw oddzielnie, nie powinno stanowić istotnej przeszkody. Tak więc nie wiadomo – komplikacja czy brak przeszkód?
Ale spraw niewyjaśnionych jest znacznie więcej, bo przecież ustawa ta ma wdrożyć do polskiego prawodawstwa unijną dyrektywę o promowaniu energii z odnawialnych źródeł. Czas na to minął w grudniu 2010 roku. Nie rozwiązano również kwestii szkoleń i uprawnień dla audytorów oraz rozdzielenia przesyłu energii od jej produkcji. A do tego w tle trwa międzyresortowy konflikt o podział pieniędzy z kar nakładanych na tych, którzy nie produkują energii odnawialnej. Według Ministerstwa Finansów pieniądze te powinny trafiać do budżetu. Według resortu gospodarki – podobnie jak w całej Unii – powinny wspierać rozwój OZE.
To tylko „oficjalna” przyczyna?
Krótko mówiąc nic nowego. Każde istotne i oczekiwane prawo rodzi się w naszym kraju w bólach. Z tego więc punktu widzenia powyższy wywód nie ma większego sensu, bo trzeba przyjąć, że tak jest i już. Ot, taka lokalna przypadłość. Ale sprawa ma jednak szerszy wymiar niźli tylko krytyczna ocena systemu prawodawczego w Polsce. Otóż te właśnie opóźnienia i publiczne dywagacje zaczynają przynosić wymierne konsekwencje. Niestety niezbyt optymistyczne.
Jak informuje „Financial Times" duńska firma Dong Energy oraz hiszpańska Iberdrola szykują się do wyjścia z inwestycji wiatrowych w Polsce. Obie firmy należą do największych inwestorów w tym segmencie energii odnawialnej w naszym kraju. Według dziennika zagraniczni inwestorzy są zniecierpliwieni zamieszaniem, jakie wciąż trwa wokół polskiego prawa, dotyczącego energii odnawialnej! I choć wielu specjalistów podkreśla, że to tylko „oficjalna” przyczyna, bo tak naprawdę spółki te przyjęły strategię redukującą zadłużenie, stąd pewne decyzje, to jednak sygnał wysyłany w świat nie jest dla nas pozytywny. I po raz kolejny nie jest fajnie, kiedy Europa pokazując nas palcem ma prawo powiedzieć: to Ci, którzy prostej ustawy przez kilka lat napisać nie potrafią...
Sławomir Dolecki
wtorek, 25 września 2012
Efektywność stała się prawem
No i stało się. Parlament Europejski przyjął dyrektywę efektywnościową. Pisaliśmy o tym wielokrotnie, choć zawsze w kontekście, że „kiedyś to nastąpi”. Właśnie nastąpiło.
Tym razem efektywność nie będzie wyborem, ale obligiem. Swoją decyzją Parlament wprowadził obowiązek wdrażania działań, które będą skutkowały racjonalnym (czytaj: oszczędnym) gospodarowaniem energią.
Zobowiązania dla państw członkowskich obejmują termomodernizację budynków administracji publicznej, optymalizację gospodarki energetycznej dla dystrybutorów, dostawców i dużych firm, które już przed audytem energetycznym nie uciekną. Według urzędniczych wyliczeń, ograniczenie zużycia energii o założone 20 proc. pozwoli zaoszczędzić w ramach Wspólnoty 50 mld euro rocznie.
Co wyniknie z tego ambitnego planu, który zresztą w ramach unijnych prac został znacząco okrojony i osłabiony, pokaże czas. Zgodnie z regulacjami mamy 18 miesięcy na wdrożenie zapisów nowej dyrektywy. Komisja Europejska przyjrzy się efektom prac poszczególnych państwa członkowskich w roku 2014, i wówczas się okaże, czy Polska po raz kolejny trafi na index. Podobnie, jak było to z dyrektywą w sprawie bezpieczeństwa jądrowego, dyrektywą gazową, dyrektywą w sprawie e-pieniądza itd...
Sławomir Dolecki
poniedziałek, 16 lipca 2012
Energetyka odnawialna po niemiecku
Niemcy są niekwestionowanym liderem rozwoju i wykorzystania energii odnawialnej w ogólnym bilansie energetycznym kraju. Przewodzą więc w technologiach, które stają się nie tylko modne, ale wręcz obowiązujące na Starym Kontynencie. Na szczęście swoimi doświadczeniami chcą się dzielić z innymi, bo jak mało który naród postrzegają Europę jako jedność, widząc między innymi konieczność zbudowania systemu energetycznego dla całej Wspólnoty.
Ten krótki wstęp pochwalny dla naszego zachodniego sąsiada nie wziął się z sufitu. Jest efektem niedawnej wizyty dr. Urbana Rida, wiceministra niemieckiego Federalnego Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorowego. Zresztą odgrażałem się w jednym z poprzednich wpisów, że do prelekcji dr. Rida wrócę. Więc wracam.
Atom v.s. wiatr
![]() |
| autor: jakubson, źródło: sxc.hu |
Niemcy zdają sobie sprawę, że polska energetyka oparta jest na węglu. Nie są z tego powodu zachwyceni, więc poszukują możliwości, byśmy wspólnie znaleźli rozwiązania pozwalające zachować konkurencyjność przemysłu oraz chronić środowisko. Sami zdecydowanie postawili na odnawialne źródła energii, rezygnując nawet z energetyki jądrowej. Zgodnie z ubiegłoroczną decyzją parlamentu ostatnia elektrownia atomowa zostanie zamknięta tam w 2022 roku. Co w zamian? Przede wszystkim nowe technologie, wzrost efektywności energetycznej i dążenie do rynkowej opłacalności pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych. Już dziś u naszego zachodniego sąsiada energetyka wiatrowa daje niemal 30 tys. MW (dla porównania w Polsce mamy zainstalowane ok. 2 tys. MW, co daje trochę ponad 5 proc. całkowitej mocy), ale już w roku 2020 udział energetyki odnawialnej w bilansie energetycznym Niemiec ma wynieść 35 proc., a w roku 2050 – 80 proc. W tym czasie redukcja emisji gazów cieplarnianych ma wynieść odpowiednio 40 proc. i 80 proc. mniej w stosunku do roku 1990. W tym samym czasie efektywność energetyczna ma wzrosnąć o 50 proc., a zużycie energii zmniejszyć się o 25 proc.
Plany – trzeba przyznać – bardzo ambitne, ale co ciekawe, Niemcy zamierzają nieco... spowolnić tak dynamiczny jak dotychczas rozwój OZE! Paradoks? Nie. Uznali bowiem, że największym wyzwaniem najbliższych lat wcale nie będzie lawinowy przyrost zainstalowanej mocy, ale inwestycje i rozwój sieci inteligentnych, które pozwolą przyrost ten odpowiednio wykorzystać. Jeszcze niedawno bowiem mówiło się, iż system elektroenergetyczny „wytrzyma” zaledwie kilkunastoprocentowy udział energetyki niestabilnej, dzisiaj Niemcy mają już ponad 20 proc., a według planów w ciągu najbliższych ośmiu lat mają znacząco zwiększyć tą wartość. Widać więc, że potencjał w sieci drzemie, tylko trzeba go umiejętnie wydobyć za pomocą nowoczesnych technologii. A technologie takie są już dostępne.
co możemy zyskać?
Zastanawiam się tylko, czy w związku z taką wiedzą możemy – jako kraj – coś zyskać. Na razie wygląda na to, że idziemy zupełnie inną drogą niż nasi zachodni sąsiedzi: oni zamykają elektrownie jądrowe, my szukamy lokalizacji, żeby otwierać; oni mają precyzyjny plan i go realizują, my „walczymy” z prawodawstwem dotyczącym OZE na poziomie projektów ustaw; oni uzbrajają swoją sieć energetyczną w najnowocześniejsze technologie, my – póki co – walczymy o skrócenie przerw w dostawach prądu w sporej części kraju...
Ale Niemcy chcą współpracować. Jednym z priorytetów jest dla nich ponadgraniczna integracja sieci i systemów, co daje większe bezpieczeństwo energetyczne w skali kontynentu. Poza tym – jak mówił Urban Rid – „taka współpraca pozwoli wielu krajom, w tym Polsce, uniknąć kosztów badań i rozwoju. Niemcy takie koszty już poniosły, a dzisiaj, w imię dobrej współpracy, chcą efektami tych prac dzielić się z innymi”.
I można oczywiście upatrywać tu dobrego biznesu, bo przecież doświadczone niemieckie firmy chętnie wejdą na polski, wciąż mało zagospodarowany, rynek. Mogą też chcieć sprzedać swoje technologie. A nadmiar energii z niemieckiego systemu mógłby przecież z finansowym pożytkiem zasilić polskich odbiorców. Wszystko to jest „być może”, ale nie powinniśmy zapominać, że do roku 2020 musimy zgodnie z unijnymi regulacjami mieć 20-proc. udział energii odnawialnej w bilansie energetycznym, a dzisiaj mamy około 10 proc. Może więc warto skorzystać z doświadczeń, dobrej woli i chęci współpracy sąsiadów, nawet jeśli będzie trzeba ponieść dodatkowe koszty.
Dr Urban Rid wygłosił wykład podczas VIII Międzynarodowej Konferencji New Energy User Friendly 2012.
Sławomir Dolecki
wtorek, 10 kwietnia 2012
Prawo nie musi ograniczać...
Nasza ustawa o zamówieniach publicznych jest jedną z bardziej restrykcyjnych w Europie. Ustawodawca chciał w ten sposób ukrócić procedery, które – mówiąc delikatnie – nie zawsze nosiły znamiona etycznego biznesu. Teraz prawo to stało się dla wielu firm mocnym ogranicznikiem, a przynajmniej doskonałym pretekstem do rozpisywania przetargów, w których głównym, ba, jedynym kryterium jest cena. A może to być (i najczęściej jest!) poważną blokadą rozwoju naszej energetyki. Oczywiście rozwoju, który uwzględnia nie tylko rozbudowę sieci, ale także zwiększenie jej nowoczesności i niezawodności. Nie mówiąc już o efektywności. Do takich wniosków doszli uczestnicy niedawnego Forum Efektywności Energetycznej, gdy zastanawiali się nad barierami jej rozwoju.
Sprawę poruszył Tomasz Wolanowski, dyrektor handlowy Dywizji Produkty Energetyki i Systemy Energetyki ABB. Zgodzili się z nim wszyscy paneliści. Nie ma takiej fizycznej możliwości, żeby produkt, który w przetargu okazał się najtańszy był jednocześnie najlepszej jakości i spełniał parametry efektywnościowe.
– Ustawa o przetargach publicznych w ogóle nie uwzględnia elementu efektywności energetycznej, gdzie cena nie może być głównym wyznacznikiem – dodał Krzysztof Skowroński, wiceprezes Dalkia Energy&Technical Solutions. – Jeśli to się nie zmieni to wiele firm nadal będzie bezrefleksyjnie stosować zapisy ustawy.
Dlaczego bezrefleksyjnie? Ponieważ okazuje się, że na podstawie tej samej ustawy i tych samych rozporządzeń można modernizować infrastrukturę, uwzględniając wszystkie aspekty rozwoju sieci. Dowodem posłużył Tomasz Wolanowski, który przytoczył przykład dwóch polskim firm, rozpisujących w tym samym czasie przetarg na identyczne urządzenia. W obu przypadkach podstawą była ta sama ustawa o zamówieniach publicznych. Jedna z firm jako jedyne kryterium postawiła cenę. Druga również, ale w specyfikacji technicznej wpisała parametry, które spełnić może tylko i wyłącznie urządzenie najwyższej jakości, o podwyższonej sprawności energetycznej i minimalnych stratach. I wśród takich wyśrubowanych norm o wyborze miała zadecydować... cena.
Można? Można. Bo okazuje się, że o inwestycjach decyduje nie tylko prawo, ale także ludzie. A może przede wszystkim oni. I jeśli tylko chcą zrobić coś porządnie, to prawo im w tym nie przeszkodzi. A z drugiej strony, jeśli im nie zależy, to prawo też nie będzie w stanie zmusić ich do rzetelnej roboty.
Sławomir Dolecki

