Widzę dwie możliwości – albo niskoemisyjność jest w modzie, albo stanowi rzeczywistą potrzebę naszej gospodarki. Ponieważ nie bardzo wyobrażam sobie, jak można lansować się na niskoemisyjności, pozostaje mi więc do przyjęcia opcja druga. A w tym kontekście nie dziwi, że powstają nowe gremia i zawiązują się kolejne grupy, dla których gospodarka niskoemisyjna stanowi wyzwanie i cel działania.
Takie imprezy zdecydowanie poprawiają mi samopoczucie. Kiedy zobaczyłem listę prelegentów na tegoroczną konferencję POWER RING, kiedy posłuchałem ich wykładów, kiedy uświadomiłem sobie, co nasi specjaliści mają im do przekazania i kiedy wreszcie zobaczyłem, z jaką powagą szacowni goście przyjmują te uwagi, to zrozumiałem, że minione 20 lat przemian społeczno-gospodarczych doprowadziło nas naprawdę daleko. Zaledwie dwie i pół dekady temu byliśmy „gdzieś” za żelazną kurtyną. Dzisiaj cała Europa słucha z uwagą, co mówi się w 40-milionowym kraju nad Wisłą. Słucha i przyjmuje do wiadomości.
Dopiero co pobuszowaliśmy sobie po rynku samochodów elektrycznych, a tu trach! Kolejna ciekawostka. Tym razem jednak namacalna, bo już testowana w warunkach rzeczywistych. A takim konceptom zawsze warto się przyjrzeć, bo – jak pokazuje doświadczenie „amerykańskich naukowców” – w laboratoriach badawczych zawsze wszystko działa bez zarzutu, tylko potem na ulicy jakoś nie chce...
Chociaż całkiem niedawno utyskiwałem co nieco na temat wywierania presji na użytkowników energii, by byli coraz bardziej efektywni , gwoli sprawiedliwości tym razem muszę przyznać, że wciąż mamy gigantyczne pole do popisu. Oczywiście z góry zastrzegam, że to stwierdzenie nie podważa tezy postawionej w przywoływanym wpisie.
Lodówka z plusami
Za stosowne wyliczenia zabrała się firma doradcza Open Finance. Na podstawie danych z rynku, obliczeń firm energetycznych i własnych analiz przygotowała raport na temat między innymi zużycia energii w gospodarstwach domowych. Wniosek jest oczywisty – niewielkim kosztem mamy szansę zaoszczędzić całkiem sporo energii, a co za tym idzie również pieniędzy.
Oto i dopracowaliśmy się kolejnego powodu do dumy w wymiarze europejskim. Konferencja Power Ring, odbywająca się już po raz ósmy, cieszy się coraz większym prestiżem wśród specjalistów branży energetycznej, a także polityków i naukowców zainteresowanych tą dziedziną. Lista zaproszonych gości oraz zainteresowanie uczestników spotkania dobitnie potwierdzają, że Power Ring staje się jednym z najważniejszych wydarzeń konferencyjnych na kontynencie.
Trzy dowody
Pierwszym i podstawowym dowodem na powyższą tezę jest frekwencja. Zainteresowanie udziałem w spotkaniu jest coraz większe, mimo 400 miejsc dla słuchaczy już w połowie listopada zamknięto listę uczestników. Dowód drugi to nazwiska panelistów. Z roku na rok zaproszenie przyjmują coraz ważniejsi w branży szefowie spółek, przedstawiciele świata nauki i wysocy rangą politycy, zajmujący się w skali unijnej szeroko pojętą energetyką i ochroną środowiska. Zaryzykowałbym nawet tezę, że w tym roku po raz pierwszy udało się zgromadzić za jednym stołem prezydialnym przedstawicieli największych w naszej części Europy operatorów systemów przesyłowych, którzy podjęli dyskusję na temat wspólnego rynku energetycznego.
Rzeczywistość widziana przez pryzmat efektywności energetycznej podzieliła świat na dwie grupy: Nas i Ich. My to odbiorcy i użytkownicy energii elektrycznej, Oni to jej wytwórcy i dystrybutorzy. Skąd ten podział? Ano trochę z prawodawstwa, trochę z konieczności i odrobinę z... wygody. Z Ich wygody.
No i stało się. Parlament Europejski przyjął dyrektywę efektywnościową. Pisaliśmy o tym wielokrotnie, choć zawsze w kontekście, że „kiedyś to nastąpi”. Właśnie nastąpiło. Tym razem efektywność nie będzie wyborem, ale obligiem. Swoją decyzją Parlament wprowadził obowiązek wdrażania działań, które będą skutkowały racjonalnym (czytaj: oszczędnym) gospodarowaniem energią.
Zobowiązania dla państw członkowskich obejmują termomodernizację budynków administracji publicznej, optymalizację gospodarki energetycznej dla dystrybutorów, dostawców i dużych firm, które już przed audytem energetycznym nie uciekną. Według urzędniczych wyliczeń, ograniczenie zużycia energii o założone 20 proc. pozwoli zaoszczędzić w ramach Wspólnoty 50 mld euro rocznie.
Co wyniknie z tego ambitnego planu, który zresztą w ramach unijnych prac został znacząco okrojony i osłabiony, pokaże czas. Zgodnie z regulacjami mamy 18 miesięcy na wdrożenie zapisów nowej dyrektywy. Komisja Europejska przyjrzy się efektom prac poszczególnych państwa członkowskich w roku 2014, i wówczas się okaże, czy Polska po raz kolejny trafi na index. Podobnie, jak było to z dyrektywą w sprawie bezpieczeństwa jądrowego, dyrektywą gazową, dyrektywą w sprawie e-pieniądza itd...
Całkiem niedawno, bo w marcu tego roku, dywagowałem na blogu na temat „Zmiennego podejścia do prądu stałego”. Niby mi wyszło, że w tym może być przyszłość. Niby, że to technologia perspektywiczna i trochę niedoceniana. Ale nie oszukujmy się, argumentów zbyt wielu na to nie miałem. Bardziej przekonanie. Więc teraz, gdy tylko wpadła mi w ręce kolejna informacja z tego zakresu, spieszę uzupełnić poprzednie portfolio.
Nie minął jeszcze miesiąc, gdy firmy ABB i Green uruchomiły nowoczesne centrum danych. Ma być ono najbardziej wydajnym na świecie, pracując w trybie on-line, a wykorzystuje właśnie technologię prądu stałego. I to między innymi powoduje większą niezawodność i efektywność energetyczną. Green to jeden z czołowych dostawców technologii informatycznych i komunikacyjnych w Szwajcarii. Zarządza między innymi centrum danych o nazwie greenDatacenter Zurich West. Pracują tam serwery HP obsługujące technologię prądu stałego wysokiego napięcia (HVDC ), co jest – jak dotąd – najbardziej wydajną realizacją tej technologii w centrum danych.
greenDatacenter Zurich West (źródło: www.greendatacenter.ch)
Pierwsze testy pokazały, że wykorzystanie prądu stałego daje wzrost wydajności o co najmniej 10 proc. w stosunku do analogicznych rozwiązań bazujących na prądzie przemiennym. Jednocześnie koszty inwestycji (porównując analogicznie) były o 15 proc. niższe. A ponieważ systemy DC są mniej złożone niż systemy AC, dzięki czemu wymaganych jest znacznie mniej przekształceń energii, przy pełnym obciążeniu system pobiera nawet 20 proc. energii mniej.
Projekt ten jest kolejnym dowodem na ekspansję ABB w kierunku wykorzystania technologii prądu stałego. Zresztą firma ta jest pionierem rozwiązań umożliwiających przekształcanie energii elektrycznej między systemami AC i DC, a także pierwszą, która wprowadziła na rynek rozwiązanie do przesyłu na dużą odległość prądu stałego wysokiego napięcia. Obecnie prąd stały „znaleźć” można w instalacjach ABB średniego i niskiego napięcia, w systemach ładowania pojazdów elektrycznych, sieciach rozdzielczych statków, budownictwie oraz właśnie centrach danych.
Ale mało tego. Okazało się, że i dla firmy HP projekt ten stał się wyzwaniem, a być może przełomem, bowiem specjalnie na potrzeby tego centrum spółka przygotowała rozwiązania informatyczne, które mogą pracować w technologii HVDC, w tym serwery i systemy magazynowania danych. Pojawiły się nawet informacje, że jest to początek realizacji większej strategii firmy HP ukierunkowanej na dostosowanie produktów informatycznych do technologii HVDC.
Niemcy są niekwestionowanym liderem rozwoju i wykorzystania energii odnawialnej w ogólnym bilansie energetycznym kraju. Przewodzą więc w technologiach, które stają się nie tylko modne, ale wręcz obowiązujące na Starym Kontynencie. Na szczęście swoimi doświadczeniami chcą się dzielić z innymi, bo jak mało który naród postrzegają Europę jako jedność, widząc między innymi konieczność zbudowania systemu energetycznego dla całej Wspólnoty.
Ten krótki wstęp pochwalny dla naszego zachodniego sąsiada nie wziął się z sufitu. Jest efektem niedawnej wizyty dr. Urbana Rida, wiceministra niemieckiego Federalnego Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorowego. Zresztą odgrażałem się w jednym z poprzednich wpisów, że do prelekcji dr. Rida wrócę. Więc wracam.
Atom v.s. wiatr
autor: jakubson, źródło: sxc.hu
Niemcy zdają sobie sprawę, że polska energetyka oparta jest na węglu. Nie są z tego powodu zachwyceni, więc poszukują możliwości, byśmy wspólnie znaleźli rozwiązania pozwalające zachować konkurencyjność przemysłu oraz chronić środowisko. Sami zdecydowanie postawili na odnawialne źródła energii, rezygnując nawet z energetyki jądrowej. Zgodnie z ubiegłoroczną decyzją parlamentu ostatnia elektrownia atomowa zostanie zamknięta tam w 2022 roku. Co w zamian? Przede wszystkim nowe technologie, wzrost efektywności energetycznej i dążenie do rynkowej opłacalności pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych. Już dziś u naszego zachodniego sąsiada energetyka wiatrowa daje niemal 30 tys. MW (dla porównania w Polsce mamy zainstalowane ok. 2 tys. MW, co daje trochę ponad 5 proc. całkowitej mocy), ale już w roku 2020 udział energetyki odnawialnej w bilansie energetycznym Niemiec ma wynieść 35 proc., a w roku 2050 – 80 proc. W tym czasie redukcja emisji gazów cieplarnianych ma wynieść odpowiednio 40 proc. i 80 proc. mniej w stosunku do roku 1990. W tym samym czasie efektywność energetyczna ma wzrosnąć o 50 proc., a zużycie energii zmniejszyć się o 25 proc.
Plany – trzeba przyznać – bardzo ambitne, ale co ciekawe, Niemcy zamierzają nieco... spowolnić tak dynamiczny jak dotychczas rozwój OZE! Paradoks? Nie. Uznali bowiem, że największym wyzwaniem najbliższych lat wcale nie będzie lawinowy przyrost zainstalowanej mocy, ale inwestycje i rozwój sieci inteligentnych, które pozwolą przyrost ten odpowiednio wykorzystać. Jeszcze niedawno bowiem mówiło się, iż system elektroenergetyczny „wytrzyma” zaledwie kilkunastoprocentowy udział energetyki niestabilnej, dzisiaj Niemcy mają już ponad 20 proc., a według planów w ciągu najbliższych ośmiu lat mają znacząco zwiększyć tą wartość. Widać więc, że potencjał w sieci drzemie, tylko trzeba go umiejętnie wydobyć za pomocą nowoczesnych technologii. A technologie takie są już dostępne.
co możemy zyskać?
Zastanawiam się tylko, czy w związku z taką wiedzą możemy – jako kraj – coś zyskać. Na razie wygląda na to, że idziemy zupełnie inną drogą niż nasi zachodni sąsiedzi: oni zamykają elektrownie jądrowe, my szukamy lokalizacji, żeby otwierać; oni mają precyzyjny plan i go realizują, my „walczymy” z prawodawstwem dotyczącym OZE na poziomie projektów ustaw; oni uzbrajają swoją sieć energetyczną w najnowocześniejsze technologie, my – póki co – walczymy o skrócenie przerw w dostawach prądu w sporej części kraju...
Ale Niemcy chcą współpracować. Jednym z priorytetów jest dla nich ponadgraniczna integracja sieci i systemów, co daje większe bezpieczeństwo energetyczne w skali kontynentu. Poza tym – jak mówił Urban Rid – „taka współpraca pozwoli wielu krajom, w tym Polsce, uniknąć kosztów badań i rozwoju. Niemcy takie koszty już poniosły, a dzisiaj, w imię dobrej współpracy, chcą efektami tych prac dzielić się z innymi”.
I można oczywiście upatrywać tu dobrego biznesu, bo przecież doświadczone niemieckie firmy chętnie wejdą na polski, wciąż mało zagospodarowany, rynek. Mogą też chcieć sprzedać swoje technologie. A nadmiar energii z niemieckiego systemu mógłby przecież z finansowym pożytkiem zasilić polskich odbiorców. Wszystko to jest „być może”, ale nie powinniśmy zapominać, że do roku 2020 musimy zgodnie z unijnymi regulacjami mieć 20-proc. udział energii odnawialnej w bilansie energetycznym, a dzisiaj mamy około 10 proc. Może więc warto skorzystać z doświadczeń, dobrej woli i chęci współpracy sąsiadów, nawet jeśli będzie trzeba ponieść dodatkowe koszty.
Dr Urban Rid wygłosił wykład podczas VIII Międzynarodowej Konferencji New Energy User Friendly 2012.
Poruszamy czasami temat efektywności energetycznej, jednak
ze świadomością, że dla większości osób „efektywność” to chwytliwe hasło
współczesnego świata, które ma rzekomo rozwiązać nasz problem energetyczny. Na
„oszczędzanie” patrzymy dość sceptycznie, bo tak naprawdę brakuje dobrych
rzeczowych opracowań, ile na tym można zyskać i w jaki sposób przekłada się to
na nas wszystkich.
I wreszcie takie opracowanie się pojawiło. Jest co prawda
fragmentaryczne, bo dotyczy jedynie silników elektrycznych oraz napędów tylko
jednej firmy, ale skala zjawiska i jego efekty są naprawdę porażające.
Otóż okazało się, że według szacunkowych danych za rok 2011
napędy zmiennoprędkościowe ABB pozwoliły zaoszczędzić ok. 310 mln MWh energii
elektrycznej! To o 19 proc. więcej niż rok wcześniej. A jeśli ktoś wciąż czuje
niedosyt informacyjny, bo megawatogodziny niewiele mu mówią, to ilość ta
oznacza ni mniej ni więcej tylko efekt ciągłej pracy 41 elektrowni atomowych. I
jeśli przyjąć, że tego typu reaktorów jest obecnie na świecie 436, to widać, że
tylko dzięki oszczędnościom poczynionym na silnikach elektrycznych potencjału
tego nie trzeba było zwiększać o dodatkowe 10 proc.
Kolejne liczby? Proszę bardzo: oszczędności generowane przez
silniki ABB w 2011 roku odpowiadają emisji 260 mln ton CO2 – w
przypadku, gdyby ta energia pochodziła z paliw kopalnych – lub równowartości 34
mld dolarów w postaci zmniejszonych opłat za energię. Poza tym, statystycznie
rzecz ujmując, to czego nie zużyły silniki elektryczne spokojnie pozwala
korzystać z energii elektrycznej 75 mln gospodarstw domowych Unii Europejskiej
przez okrągły rok.
Oczywiście są to szacunki. Jednak oparte na liczbach
rzeczywistych – biorą pod uwagę średnią konsumpcję elektryczności w aplikacjach,
w których są oraz w których nie ma zainstalowanych napędów. Bo w przypadku
silników elektrycznych ok. 95 proc. całkowitych kosztów ich użytkowania stanowi
energia elektryczna, więc inwestycja w napędy elektryczne zazwyczaj zwraca się
w mniej niż dwa lata.
Czy pozostają jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do
opłacalności efektywności? 43 mld dolarów to chyba wartość wystarczająco
przekonująca. Poza tym, okazuje się, że nie ma na świecie większego generatora
mocy, niż „oszczędność”.
To była szósta już edycja targów EXPOPOWER i po raz szósty ABB uczestniczyło w tej imprezie. Jak co roku wystawcy prezentowali swoje nowe wyroby i rozwiązania dla klientów, jednak nie to wyróżniało tegoroczną wystawę. Porównując ją z targami sprzed sześciu lat, dostrzegłem wiele zmian dotyczących nie tylko samych targów, ale przede wszystkim szeroko rozumianego rynku energetycznego.
W tym okresie byliśmy świadkami wielu ważnych wydarzeń. Zakończył się proces konsolidacji grup energetycznych, wprowadzono wiele zmian organizacyjnych w tych „nowych” firmach, realnym problemem stały się niedawne jeszcze rozważania na temat wydajności systemu generacji, przesyłu i dystrybucji mocy, a Odnawialne Źródła Energii przestały być przyszłością i stały się naturalnym elementem krajobrazu branży energetycznej. Tegoroczne targi pokazały też, że klienci coraz częściej podejmują tematy, jakich nie spodziewaliśmy się jeszcze kilka lat temu. Z niekłamanym zainteresowaniem pytają o magazyny energii czy systemową automatyzację zarządzania siecią (Smart Grid).
Nie są to oczywiście wszystkie nowe zjawiska, które zaobserwowałem. Ale uczestników targów zachęcam do podobnego ćwiczenia i próby odpowiedzi na pytanie, jak zmieniła się branża energetyczna w ostatnich sześciu latach. Efekty takich przemyśleń są naprawdę ciekawe.
Nieco później, wracając z Poznania do domu, zastanawiałem się, jak będą wyglądały targi EXPOPOWER i branża energetyczna za kolejne sześć lat. W okolicach Konina doszedłem do oczywistego wniosku, że nie mając kryształowej kuli moje rozważania są bez sensu. Ale mimo to kilkoma wnioskami chciałbym się podzielić.
Integracja, optymalizacja i większe tempo zmian...
Po pierwsze, duże wrażenie zrobiło na mnie wystąpienie prof. Żmijewskiego, jakie wygłosił podczas konferencji zorganizowanej przez ABB, ale jeszcze większe – reakcja słuchaczy na to wystąpienie. Profesor Żmijewski mówił o nieuchronności zmian, jakie muszą nastąpić w polskiej energetyce. Użył nawet słowa rewolucja, z którym skromnie bym polemizował, ale całkowicie się zgadzam, że tempo zmian ulegnie drastycznemu przyśpieszeniu.
Po drugie, jak zwykle z dużym zainteresowaniem wysłuchałem wystąpienia prezesa Artura Różyckiego, który mówił o zmianach zadań, jakie będzie realizowała sieć dystrybucyjna „przyszłości”. Będzie ona pełniła funkcję „integratora” rozproszonych źródeł wytwarzania i „optymalizowała” wytwarzanie i dystrybucję, a to oznacza techniczną rewolucję, której bez wątpienia będziemy świadkami.
Po trzecie wreszcie – a mówił o tym również prezes Różycki – tempo zmian i ich zakres będą nierozerwalnie związane, a nawet determinowane, przez rachunek ekonomiczny prowadzonych procesów inwestycyjnych. To jedno z największych wyzwań dla uczestników rynku po stronie inwestorów, producentów i wykonawców.
Zatem z punktu widzenia procesów makroekonomicznych, jak również operatora sieci, możemy z dużym prawdopodobieństwem mówić o czekającym nas okresie zmian na rynku polskim. Wzrośnie aktywność inwestycyjna, co jest pozytywnym zjawiskiem w czasie dużej niepewności w światowej gospodarce, ale czeka nas również zmiana jakościowa procesów inwestycyjnych. Inwestorzy będą poszukiwać produktów i systemów, które zaspokoją inne niż dotychczas potrzeby, na przykład magazynów energii. Będą wdrażać systemy informatyczne wspierające szeroko rozumiane zarządzanie siecią. Jednocześnie ABB – w tym zmieniającym się środowisku – będzie miała ambicje być aktywnym uczestnikiem przemian na rynku. Będziemy musieli również nauczyć się nowych sposobów rozmowy wewnątrz firmy, komunikowania się z klientami, a przede wszystkim słuchania, i jeszcze raz słuchania, naszych partnerów i rozpoznawania ich nowych potrzeb.
Nowa rola dla eventów
W tym kontekście nową rolę do spełnienia będą miały również imprezy targowe, takie jak EXPOPOPWER. Będą musiały zapewne bardziej przypominać forum wymiany opinii, być miejscem rozmów o nowych produktach i systemach, a nie jedynie miejscem statycznej prezentacji gotowych już rozwiązań. Dla nas oznacza to konieczność wypracowania nowej formuły uczestnictwa w takich spotkaniach, z jasno określonym celem i programem.
To duże wyzwania, ale z entuzjazmem czekam na nadchodzące zmiany, jakim będziemy musieli sprostać wspólnie z naszymi partnerami biznesowymi.
Tomasz Wolanowski - Dyrektor lokalnej Jednostki Sprzedaży Dywizje PP & PS
Tegoroczne poznańskie targi EXPOPOWER już za nami. Same targi, jak to... targi. Sporo wystawców, ciekawe tematy, dużo rozmów, znajome twarze, ciekawostki na stoiskach, spotkania, konferencje. Ot, takie trzydniowe targowe życie.
Ale czasami, między jedną nawiązaną biznesową relacją, a innym spotkaniem w interesach, można wyłowić prawdziwe perełki. Tym razem „perełką” okazało się wystąpienie prof. Krzysztofa Żmijewskiego z Politechniki Warszawskiej, sekretarza generalnego Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji, podczas konferencji technicznej „Kompleksowa integracja produktów i systemów informatycznych ABB w sieciach inteligentnych”.
W innej rzeczywistości
Wykład prof. Żmijewskiego
Profesor – znany z kontrowersyjnych i bezkompromisowych wypowiedzi – roztoczył przed zebranymi czarną wizję nieodległej przyszłości. Zrobił to na tyle sugestywnie, i podparł swoje teorie tak precyzyjnymi danymi, że nagle znaleźliśmy się w innej rzeczywistości. W kraju, w którym za cztery lata – 1 stycznia 2016 roku – gdzieś komuś zabraknie energii elektrycznej. Przede wszystkim dlatego, że właśnie tego dnia trzeba będzie wyłączyć około 5 tys. MW mocy. I wynika to z unijnych regulacji. Jednocześnie – według danych zaprezentowanych przez Krzysztofa Żmijewskiego – do tego czasu energetyka zawodowa uruchomi... 0 MW! Zero! No chyba, że ruszy w Stalowej Woli nowy blok gazowo-parowy 400 MW. Może ruszy.
Jak u Hitchcocka...
No a potem to zupełnie jak u Alfreda Hitchcocka. Napięcie tylko rosło. Prof. Żmijewski przeanalizował wpływ Pakietu Klimatycznego na polski system elektroenergetyczny i całą naszą branżę.
– Pakiet klimatyczny służy ochronie wielkich grup biznesowych, bo pozwala przenosić produkcję wysokoemisyjną do krajów najbiedniejszych, a z punktu widzenia całej planety nie ma to żadnego znaczenia dla środowiska – mówił prezentując liczby, wykresy i zestawienia na poparcie tej tezy. – Wymaga się tego również od nas, a Polski nie stać dzisiaj na ograniczanie produkcji i dodatkowe restrykcje wobec przedsiębiorstw.
Wiele czasu poświęcił również na kwestie związane z kontrowersyjnymi limitami na emisję CO2 i wykazał dlaczego – jego zdaniem – Polska nie powinna na takie rozwiązania się godzić.
Na sali przez kilkadziesiąt minut panowała cisza. Kolejnemu mówcy pozostało już tylko studzenie nastrojów i wprowadzanie wątków optymistycznych. Że może jednak nie będzie tak źle, choć dowodów na to, że będzie dobrze szczególnie dużo nie miał. Nasza energetyczna rzeczywistość okazała się smutna i w perspektywie nieciekawa. Ale jest szansa, że jakoś to będzie. Jak zawsze. Bo przecież autostradę A4 w końcu udało się otworzyć. A A2 też na pewno kiedyś będzie przejezdna...
Efektywność energetyczna to temat nieskończenie pojemny. Dotyczy tak wielu aspektów naszego życia, że nie sposób opisać i skomentować wszystkiego, co go dotyczy. Zresztą – jak się okazało – to nie tylko mój problem, bo podczas IV już Forum Efektywności Energetycznej pojawiły się nie tylko zupełnie nowe wątki, ale także... nowe dylematy. No bo czy efektywność równa jest ograniczaniu zużycia energii? No właśnie, ale o tym dalej.
Przywilej czy konieczność?
Społeczna Rada Narodowego Programu Redukcji Emisji (współorganizator Forum) przekonuje, że bez efektywności polska branża energetyczna nie ma szans na rozwój. Ale taka jest ich misja i przyznać trzeba, że doskonale ją realizują. Ale oprócz nich do tej tezy przekonują także inni. Otóż dowiedzieliśmy się na przykład, że efektywność energetyczna jest konstytucyjną powinnością... Prezydenta RP! Dlaczego? Otóż efektywność energetyczna – jak wywodził Olgierd Dziekoński z Kancelarii Prezydenta – jest elementem bezpieczeństwa energetycznego. A bezpieczeństwo energetyczne jest elementem bezpieczeństwa państwa. A za bezpieczeństwo państwa odpowiada Prezydent RP. Zgodnie z konstytucją. Proste? Proste. Dlatego też przedstawiciel głowy państwa podkreślił, że z punktu widzenia strategicznego efektywność energetyczna nie może być jednorazowym działaniem gminy czy przedsiębiorstwa, musi być świadomym, długofalowym i precyzyjnie zaplanowanym działaniem. Na najwyższych szczeblach władzy. Ale ogromne zainteresowanie tematem podkreślił również Jerzy Buzek, przedstawiciel Parlamentu Europejskiego. Podkreślił, że w Unii coraz częściej postrzega się efektywność jako najlepsze i najczystsze źródło energii. To dość ważny wniosek, bo dotychczas efektywność z punktu widzenia Brukseli była KONIECZNOŚCIĄ, być może już wkrótce stanie się PRZYWILEJEM, przysługującym najlepszym i najbardziej operatywnym.
Niezwykle ważnym aspektem sprawy, który dotychczas publicznie przewijał się sporadycznie i przypadkowo, jest konieczność wzmocnienia (o ile nie należy mówić o rozpoczęciu) edukacji. Młodych i starszych. I to pojmowanie edukacji obejmuje również szkolenie specjalistów, którzy za kilka lat będą kształtować nasz rynek. Mało tego. Prof. Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk, zastanawiał się nawet, czy nie powinna to być czwarta podstawa edukacyjna, po nauce czytania, pisania i liczenia. – Dążenia do większej efektywności energetycznej powoli staje się naszą rzeczywistością, a na pewno będzie codziennością przyszłych pokoleń – uważa prof. Kleiber. – Nie zawsze uświadamiamy sobie, że już dziś temat dotyczy każdego aspektu naszego życia: przemysłu, gospodarstw domowych, transportu publicznego, usług, nawet rybołówstwa.
Odważna teoria
Z efektywnością jest jednak ten problem, że – być może przez brak edukacji – ludzie postrzegają ją jako jedno wielkie ograniczenie. Konieczność gaszenia światła, nie oglądanie telewizji, niedogrzewanie mieszkań, nienadużywanie klimatyzacji, kąpiel w niezbyt gorącej wodzie. Krótko mówiąc życiowy dyskomfort. I prelegenci dyskutowali na ten temat tak zawzięcie, że w pewnym momencie pojawiła się teoria, że efektywność energetyczna wcale nie oznacza... mniejszego zużycia energii. Hmmm, odważna teoria. Ale jak się okazało dość logiczna, bo z punktu widzenia całego systemu energetycznego chodzi o zmniejszenie ilości paliwa potrzebnego do wyprodukowania potrzebnej energii, a co za tym idzie do zmniejszenia emisji CO2. A to można uzyskać stosując urządzenia energooszczędne czy likwidując straty. Ale mimo wszystko Maciej Bando, wiceprezes Urzędu regulacji Energetyki, który wygłosił i obronił tą teorię, podkreślił, że jest ona prawdziwa tylko i wyłącznie w kontekście ustawy o efektywności energetycznej, bo poza tymi regulacjami istnieje jeszcze czysto ludzka odpowiedzialność za środowisko i za planetę, z której chcą też korzystać następne pokolenia. I tu ograniczenie zużycia jest kluczowe.
Dyskusja, przy czynnym udziale nie tylko prelegentów, ale także słuchaczy, tradycyjnie dotyczyła też możliwości, finansów, regulacji prawnych, a także sensowności takich inwestycji. Padła nawet prowokacyjna teza, że być może efektywność energetyczna to najnormalniej na świecie modny gadżet, na który akurat nas po prostu nie stać. I oczywiście, jak zwykle na tego typu zarzuty przygotowany był prof. Krzysztof Żmijewski, sekretarz generalny Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji. Przypomniał, że bez względu na decyzje jakie podejmiemy, pieniądze i tak trzeba będzie wydać. I możemy oczywiście wybudować duży nowy blok energetyczny, spalać w nim węgiel, emitować CO2 i marnować wytwarzaną przez niego energię. A możemy też zainwestować w efektywność energetyczną i czerpać z tego korzyści przez wiele, wiele lat.
Pytanie nie jest ani złośliwe, ani podchwytliwe. Pojawiło się jako reakcja na wizję wicepremiera i ministra gospodarki Waldemara Pawlaka. Otóż zapowiedział on kilka dni temu, że wkrótce otworzy się możliwość, by w każdym domu powstała „mikroelektrownia zielonej energii”.
– Nowym kierunkiem działań w dziedzinie energetyki będzie promocja małych projektów energetycznych, wykorzystujących lokalnie dostępne zasoby – powiedział wicepremier.
I powiało optymizmem. Optymizmem przesyconym nieprawdopodobną wiarą w skuteczność najprostszych rozwiązań.
– Promocja mikroinstalacji jest szansą dla Polski na budowanie nowoczesnego i innowacyjnego rynku urządzeń energetyki rozproszonej zarówno dla potrzeb wewnętrznych naszego kraju, jak i na eksport – zaznaczył Waldemar Pawlak.
I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie... rzeczywistość. Bo oddanie dzisiaj wyprodukowanej „w domu” energii do sieci, mimo iż firmy energetyczne mają obowiązek ją przyjąć, jest drogą przez mękę. Każdy właściciel przydomowego wiatraka czy małej elektrowni wodnej mógłby na ten temat opowiedzieć wiele historii. Nie zawsze ciekawych. Oczywiście taką argumentację premier zna, dlatego zaznaczył, że Ministerstwo Gospodarki przygotowało przepisy, umożliwiające sprzedaż energii elektrycznej wytworzonej w mikroinstalacji na zasadach preferencyjnych.
Optymizm rządzących jest godny pozazdroszczenia, ale najlepszym komentarzem jest fakt, że główni zainteresowani, a więc Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych, Towarzystwo Elektrowni Wodnych oraz Stowarzyszeniem Energii Odnawialnej zgłosili łącznie ponad pięćdziesiąt szczegółowych uwag do ustawy o odnawialnych źródłach energii, na którą powołuje się premier Pawlak. Dotyczą one nie tylko kwestii finansowych czy technicznych, ale także prawidłowości zdefiniowana wielu pojęć, a więc rzeczy elementarnych. Towarzystwa te zakwestionowały między innymi brak ułatwień dla inwestycji w tym sektorze, niestabilność warunków ekonomicznych wynikającą z proponowanych rozwiązań oraz ryzyko spadku inwestycji w źródła OZE, które mogą skutkować brakiem spełniania obowiązków wynikających z przyjętych przez Polskę zobowiązań międzynarodowych.
A co ma do tego świadomość energetyczna Polaków? Ano ma, bo przecież minister gospodarki chce, żeby to właśnie statystyczny Kowalski zbudował „mikroelektrownię”. A jak na razie w naszym 40-milionowym kraju ze swojego ustawowego prawa zmiany dostawcy energii skorzystało zaledwie 13 tysięcy gospodarstw domowych. Urząd Regulacji Energetyki nazywa ich „aktywnymi odbiorcami”. A ilu wśród nich zdecyduje się na inwestycje w generatory energii? Czy będzie ich wystarczająco wielu, by stało się to „szansą dla Polski na budowanie nowoczesnego i innowacyjnego rynku urządzeń energetyki rozproszonej”?
Na łamach wydawanego przez ABB magazynu „Dzisiaj” właśnie ukazał się obszerny artykuł nt. kondycji branży cementowej w Polsce, w tym m.in. stopnia jej technologicznego zaawansowania. Jak się okazuje, ten jeden z najbardziej energochłonnych procesów technologicznych, liczonych ilością energii zużywanej na tonę produktu końcowego, ma się w Polsce bardzo dobrze! Oczywiście sprzyja temu koniunktura na cement stymulowana szczególnie w ostatnich latach inwestycjami w infrastrukturze i budownictwie. Ale czy tylko? Współczesne cementownie to już nie tylko prosta produkcja cementu, która zresztą sama w sobie też nie jest wcale taka prosta. Model biznesowy i rachunek wyników tych zakładów na przestrzeni ostatniej dekady został istotnie rozszerzony m.in. o spalanie ładnie brzmiących „paliw alternatywnych” czyli mówiąc wprost posortowanych śmieci. Choć wprowadzają sporo utrudnień do samego procesu produkcyjnego, same z siebie stanowią dodatkowe źródło energii, a ponadto ich spalanie przynosi realne korzyści finansowe.
Co napędza innowacje?
Cementownia Ożarów
Ilekroć czytam tego typu informacje zastanawiam się, skąd bierze się taka inwencja? Co powoduje, że niektóre branże gotowe są walczyć o ułamki procentów swojej efektywności energetycznej, szukając pomysłów i inicjatyw poprawy w każdym zakątku swojej technologii albo w jej otoczeniu, podczas gdy inne, nadal gotowe są akceptować swoją „przeciętność” w tym względzie? Myślę, że powodów tego jest kilka. Pierwszym i najistotniejszym wydaje się być postawa właścicieli, udziałowców. To oni stawiają menedżerom coraz to większe oczekiwania, co przy ograniczonych możliwościach podnoszenia cen, zmusza do permanentnego ścigania się z kosztami produkcji, a w tych jak łatwo zauważyć coraz większy udział stanowi przecież energia. Patrząc wyłącznie z perspektywy doraźnych kosztów pojawia się jednak pozorny dylemat – CZASU! Choć dla mnie osobiście jest on wyłącznie pozorny, to jednak nader często spotykam się z przykładami, że problem kosztów w zakładach próbuje się rozwiązywać wyłącznie poprzez tanie zakupy.
Efekty widoczne po czasie...
No dobrze, ale co ma do tego „czas”? Otóż ma i to bardzo dużo! Myślę, że każdy z nas mógłby przytoczyć bardzo wiele przykładów menedżerskich decyzji, które w tych samych okolicznościach były by dalece różne, gdyby podejmować je przy założeniu, że korzyści z nich płynących będziemy oczekiwać w perspektywie pięciu lat, a nie np. roku, dwóch. Niska cena zakupu jest tu i teraz, a na niskie koszty eksploatacji trzeba poczekać. Niestety wielu menedżerów nie chce, albo nie jest im dane, czekać tak długo na efekty swoich decyzji. A szkoda. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że długi czas to w analizie zwrotu z inwestycji bardzo realne ryzyko. Zgoda! Tyle że jakie jest ryzyko w stwierdzeniu, iż energia w przyszłości będzie jeszcze droższa? A zatem „świadomie określone kryterium czasu” w decyzjach menedżerskich – to czynnik, który moim zdaniem decyduje o wysokiej efektywności energetycznej niektórych zakładów. Jest jeszcze jeden element, może najważniejszy - to umiejętność angażowania menedżerów i załogi na rzecz poprawy efektywności energetycznej. W tradycyjnych organizacjach, gdzie mamy piony marketingu i sprzedaży, inwestycji, produkcji, utrzymania ruchu, finansów, w ramach przypisanych im kompetencji i obowiązków wcale nie tak łatwo jest adresować kwestie efektywności energetycznej. Można nią zarządzać w sposób procesowy, uruchamiać programy na rzecz poprawy, ale by prawdziwie wykorzystać cały potencjał firmy, powinna się ona stać elementem jej DNA - a to wymaga budowania nowych form współpracy i przywództwa .
Myślę, że w przemyśle, podobną zmianę obserwowaliśmy już na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat np. jeśli chodzi o bezpieczeństwo pracy. Często z dość fasadowej, czy wyłącznie proceduralnej, z czasem stała się elementem kultury każdej współczesnej odpowiedzialnej firmy. Podobnie jest z efektywnością energetyczną. Taka zmiana nie dzieje się jednak z dnia na dzień, jako wynik polecenia służbowego. Dla swej skuteczności, wymaga konsekwentnego, pełnego determinacji przywództwa, w którym deklarowana polityka poprawy efektywności energetycznej firmy, przekłada się wprost i bezkompromisowo na podejmowane decyzje i działania operacyjne. Tylko wówczas nikt nie będzie miał złudzeń, że jest traktowana naprawdę serio.
Ktoś mógłby zadać pytanie, a gdzie w tym wszystkim jest technologia, inżynieria? Czy one nie są ważne? Czy w ogóle istnieją, czy są już teraz dostępne? Jak najbardziej! Wiele z nich jest już dostępnych praktycznie na wyciągnięcie ręki, a każdego dnia pojawiają się nowe. Firmy takie jak ABB, oparły wręcz całą swoją biznesową strategię na dostarczaniu urządzeń i usług zorientowanych na poprawę efektywności energetycznej ich klientów. Ich szeroka i zróżnicowana oferta jest tutaj warunkiem koniecznym, lecz nie wystarczającym. Równie ważna jest gotowość i chęć by po nie sięgać!
Cena energii i jej jakość stają się coraz bardziej krytyczne, dlatego nikt już chyba nie wątpi, że najbliższe lata w przemyśle będą upływać właśnie pod znakiem efektywności w tym zakresie. Świadomość tego zjawiska i wyjście mu na przeciw, będą kluczowymi czynnikami warunkującymi sukces większości branż przemysłu, dlatego krok w tym kierunku warto wykonać już dziś. Warto też, aby był on częścią większego biznes planu, który zakłada budowanie wartości firmy w dłuższej perspektywie czasu. Wówczas dopiero widoczne będzie jak bardzo się to opłaca.
Przemysław Tomys - Dyrektor krajowy ds. Serwisu ABB w Polsce
Gdy w sieci pojawiła się informacja o pierwszym na świecie systemie prądu stałego dla statków, zacząłem się zastanawiać nad istotą... prądu stałego. Trochę chyba przyzwyczailiśmy się, że na co dzień mamy do czynienia z prądem przemiennym, a stały jest tak trochę w zapomnieniu. Ba, dla przeciętnego użytkownika energii niemalże nie istnieje. Oczywiście w świadomości, bo przecież każdy z nas korzysta z niego wiele razy dziennie. Ale ta istota prądu stałego zaprzątnęła moje myśli na tyle, że zacząłem szukać informacji, gdzie i dlaczego się go wykorzystuje. Czy huty metali nieżelaznych, gdzie gigantyczne prądy niezbędne w procesie technologicznym wymagają zasilania DC, elektronika użytkowa (zasilacze, ładowarki, piloty) czy szynowa komunikacja publiczna to już wszystko?
Przy okazji natknąłem się na dość ciekawą teorię, którą przytoczę, bo mnie zafrapowała... Otóż niejaka justyna94_15, która przygotowała opracowanie na temat prądu na stronę www.sciaga.pl, napisała:
„Nad tym, czy prąd zmienny jest lepszy od prądu stałego można by długo dyskutować, jednak już sama nazwa faworyzuje prąd zmienny. Zmienność kojarzy się z ruchem, zmianami (na lepsze lub gorsze), stałą aktywność, życie itp. Stałość zazwyczaj kojarzy się z zatrzymaniem, martwotą, bezruchem.”
Ha! Czy komuś poza autorem tych słów przyszło to kiedyś do głowy? Stałość to bezruch! Dobre!
Całe szczęście, że z tą teorią nie zapoznali się wcześniej inżynierowie z firmy Myklebusthaug Management, bo zapewne w życiu nie zamówiliby wspomnianego na wstępie pierwszego na świecie systemu zasilania prądem stałym jednostki pływającej. No bo przecież nie było ich zamiarem, by 93-metrowy okręt o załadunku pięć tysięcy ton zastygł bez ruchu przy portowym nabrzeżu. A z ich planów wynika raczej, że ten przybrzeżny statek pomocniczy, budowany obecnie w Norwegii, będzie pracował na najwyższym poziomie efektywności energetycznej. Rozwiązanie energetyczne będzie natomiast kompletnym pokładowym systemem prądu stałego, włączając w to wszystkie systemy zasilania, napędu i automatyki. Według twórców i przyszłego użytkownika będzie też najnowocześniejszy i najbardziej ekologiczny system zasilania na świecie. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do serwisu prasowego ABB i na youtube, gdzie pod hasłem „ Onboard DC Grid” znaleźć można wiele ciekawych materiałów.
Przykład jednostki na, których będą instalowane systemy zasilania prądem stałym
Ale wracając do sedna. Tropiąc prądy trafiłem na dość ciekawą prawidłowość. Rozwojem tej technologii zainteresowana jest przed wszystkim ABB. I zapewne nie robi tego społecznie albo z powodu kultywowania pamięci o Michaelu Faradayu. Przecież nie kto inny, tylko właśnie ta spółka, słynie w świecie z systemów prostownikowych, budowanych zresztą w Polsce. A napędy? Proszę bardzo. Technologia prądu stałego niesie dla nich wiele możliwości, dlatego ABB wciąż inwestuje w ich rozwój. Efektem tych prac jest wprowadzona ostatnio do sprzedaży nowa rodzina przekształtników tyrystorowych serii DCS800. Jest to produkt nowoczesny, bo chociaż zasada działania przekształtników prądu stałego nie zmieniła się od dziesięcioleci, to ich funkcjonalność, interfejs sterowania i koncepcja integracji z systemami nadrzędnymi ulega ciągłej ewolucji. Warto tu też wspomnieć o HVDC, przecież najlepsze systemy przysłania energii na duże odległości wykorzystując właśnie prąd stały.
Może jednak nie jest do końca tak, że ten prąd stały to „martwota i bezruch”. Może wciąż kryje w sobie wiele możliwości, które po prostu trzeba odkryć. Może ochota z jaką świat przeszedł na prąd przemienny jest pójściem na łatwiznę, bo go łatwiej transformować, przesyłać i obrabiać... A przecież każda ciekawostka i nowość związana z DC zaczyna się od słów „najbardziej energooszczędny”, „super efektywny”, „ekologiczny”. A to chyba nie przypadek...
W grudniu ubiegłego roku prezes ABB Mirosław Gryszka
podsumował na naszym blogu konferencję "Power Ring 2011 − Energy Roadmap
2050. Europejska polityka energetyczno-klimatyczna a polskie cele gospodarki
niskoemisyjnej". Sporo miejsca poświęcił wówczas na problem konieczności
poszukiwania traconych bezpowrotnie megawatów. Napisał między innymi:
„W sieci dystrybucyjnej straty wynoszą kilka terawatogodzin (ze 150 TWh produkowanych). Część tych strat to zamiana energii na ciepło w transformatorze dystrybucyjnym. Dzisiejsza technologia pozwala na zastosowanie materiałów i rozwiązań konstrukcyjnych redukujących straty własne o 280 W dla przykładowego transformatora o mocy 160 kVA.”
Przy tym prezes Gryszka napomknął zaledwie, że taki program realizuje już Polska Grupa Energetyczna. Warto w tym miejscu uzupełnić, że kryje się pod tym zamówienie ponad tysiąca unikatowych na rynku europejskim ekologicznych transformatorów rozdzielczych. W transformatorach tych zastosowana jest nowoczesna technologia rdzenia z blachy amorficznej, co przełoży się na bardzo niskie straty biegu jałowego – nawet do 50 proc. mniejsze niż w tradycyjnych rozwiązaniach. Transformatory powstają w zakładach ABB w Łodzi.
Fragment linii produkcyjnej
transformatorów rozdzielczych w fabryce
transformatorów ABB w Łodzi
Ale PGE idzie dalej. W styczniu tego roku Rada Nadzorcza Polskiej Grupy Energetycznej zatwierdziła Program Poprawy Efektywności na lata 2012-2016. Dzięki niemu PGE chce rocznie zaoszczędzić ponad 1,5 mld zł. I nie jest to chyba przypadek ani skutek jakiejś zgubnej mody na „efektywność energetyczną” skoro szefowie takiej firmy potrafili zainwestować w nowe technologie, dzięki którym wyliczyli konkretne zyski, jak może uzyskać spółka. A że musi to być decyzja czysto ekonomiczna świadczy również fakt, że podobne zamówienie (1071 sztuk) złożyła w Łodzi Grupa Tauron Dystrybucja dla swoich spółek EnergiaPro i Enion. I choć najważniejszym kryterium wyboru była cena (60 proc.), to jednak ogromne znaczenie dla odbiorcy miała również wielkość strat jałowych i obciążeniowych oferowanych transformatorów, czyli innymi słowy – energooszczędność.
To musi cieszyć. Szczególnie, że mamy właśnie kolejny dowód na to, że zakazy i nakazy nigdy nie są równie skuteczne, co rachunek ekonomiczny. Straty opłaca się eliminować, jeśli tylko koszty ich wytropienia i usunięcia będą niższe niż konieczna inwestycja. A to już jest kwestia technologii i skali jej zastosowania. I jak widać technologia już jest, a skalę wypracowują sami zainteresowani.
Sławomir Dolecki
Zgadzam się, że technologia już jest a to oznacza, że jako uczestnicy rynku musimy się jej nauczyć. Mówiąc inaczej do zestawu parametrów elektrycznych i mechanicznych, które są istotne i którymi posługujemy się przy ocenie produktów i rozwiązań musimy dołożyć kolejne, opisujące ich efektywność energetyczną.
Mam wrażenie, że dzisiaj nie wszyscy jeszcze potrafimy spojrzeć na produkty z tej perspektywy.
Potrzebujemy wymiany wiedzy i doświadczeń między firmą i klientami w celu rozbudzenia świadomości w tym temacie, czego sobie i Wam życzę.
Tomasz Wolanowski - Dyrektor lokalnej Jednostki Sprzedaży Dywizje PP & PS
Notowana na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych firma Skotan zamierza zbudować instalację umożliwiającą pozyskiwanie energii z fal morskich. To informacja zaczerpnięta z "Puls Biznesu". Ważna informacja. Pokazująca jednoznacznie, że w Polsce wciąż mamy możliwości pozyskiwania energii odnawialnej ze źródeł na wskroś niekonwencjonalnych, co przy czekającej nas w 2020 roku konieczności spełnienia unijnych wytycznych dotyczących udziału energetyki odnawialnej w wolumenie wytwarzanej energii, jest budujące.
Z drugiej strony optymistycznie nastraja również fakt, że mamy w kraju firmy inżynierskie, które czują się na siłach stanąć w szranki z najlepszymi konstruktorami na świecie i chcą projektować i budować instalacje, których świat wciąż nie jest w stanie wdrożyć komercyjnie. I to jest fajne. Nasi górą! Oczywiście jeśli odniosą sukces. Ale w sukces ten wielu komentatorów nie wierzy. A to że fale na Bałtyku marne, więc perspektywa słaba. A to że nikt na świecie nie wprowadza tego komercyjnie, więc pewnie się to zupełnie nie opłaca. A to że w Polsce przepisy prawa i tak „zamordują” każdą najlepszą koncepcję. No cóż, gdyby Unia zamiast energii odnawialnej chciała wysokiego odsetka malkontentów, nie mielibyśmy problemu z wypełnieniem najbardziej rygorystycznych wymagań. Tak to już jest.
Zobacz istniejące generatory energii pochodzącej z fal morskich
Ale tak naprawdę informacja o planach firmy Skotan przyciągnęła moją uwagę z innego powodu. Otóż 75 proc. wartości całego projektu, czyli niemal 30 mln zł, inwestor pozyska w formie dotacji. Zacząłem się więc zastanawiać, jak to z tym inwestowaniem w energetykę odnawialną jest. Biznes czy konieczność? Udaje się na tym zarobić, czy może tworzymy wielkie deficytowe projekty, na które trzeba wykładać pieniądze, żeby dojść do zadekretowanych 20 proc. energii odnawialnej.
Tu oczywiście również mogłem liczyć na wszechobecnych malkontentów, którzy stwierdzili, iż „to kolejny projekt na wydojenie publicznych pieniędzy”, i „na bank chodzi tylko o zebranie dotacji”... Czasami to trudno się oprzeć wrażeniu, że w tych złośliwościach jest nuta prawdy, ale przecież cały świat dotuje energetykę odnawialną, więc pewnie konieczność bierze górę nad biznesem i tak już musi być. Szczególnie, że mówimy o naprawdę dużych pieniądzach. Tylko w ubiegłym roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przeznaczył 400 mln zł na wsparcie firm produkujących energię wiatrową. Kupa forsy, i to tylko na jedno z wielu źródeł energii. No więc zacząłem węszyć. Ile pieniędzy kosztuje nas ten fragment ekologii? Otóż dużo, bardzo dużo. W skali świata dopłaty na biopaliwa, energię wiatrową i słoneczną wyniosły w 2010 roku ponad 65 mld dolarów! Rok wcześniej – według Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) – 57 mld dolarów. Znaczy dużo i coraz więcej.
Ale znalazłem coś jeszcze. Coś, co zupełnie przewartościowało kwestię dotowania odnawialnych źródeł energii. Okazało się bowiem, podaję za „Gazetą Wyborczą”, która powołuje się na dane IEA, że energia odnawialna dostaje 6 razy... mniej dopłat niż paliwa kopalne! Nasze pieniądze płyną na energię pochodzącą z ropy, gazu i węgla. Rządy 37 krajów świata subsydiują wydobycie paliw kopalnych. W roku 2010 dopłaty te wyniosły na świecie 409 mld dolarów!. Rok wcześniej – 312 mld dolarów. Szok. W tym kontekście mówienie o deficytowej energii odnawialnej jest chyba nieporozumieniem, bo jak ma ona ma być porównywalnie dochodowa, skoro w tą „opłacalną” ładuje się setki miliardów dolarów.
Bardzo dużo miejsca i czasu poświęca się problemowi strat na przesyle energii elektrycznej. I bardzo dobrze, bo to znaczący problem. Szacuje się, że w polskich sieciach elektroenergetycznych w niebyt idzie nawet 12 proc. energii, czyli ok. 18 TWh! To – według prof. Władysława Mielczarskiego z Politechniki Łódzkiej – o połowę więcej od średniej unijnej. I co? I nic, bo części strat po prostu nie da się uniknąć, ale bez wątpienia można je minimalizować.
Zacząłem się więc zastanawiać, jak robi to świat. W jaki sposób unika, a przynajmniej ogranicza, straty na przesyle. I wertując archiwa znalazłem na to trzy sposoby. Nie są proste. Nie są tanie. Ale są skuteczne. A przy okazji ekologiczne, co w kontekście zużycia energii nie pozostaje bez znaczenia.
1. Idziemy tam, gdzie jest energia
Stać na to bogatych. Mogą szukać nowych lokalizacji swoich inwestycji kierując się dostępnością taniej energii. Na przykład na Islandii oddano niedawno do użytku centrum danych Thor, które zasilane jest odnawialną energią wodną oraz geotermalną, wytwarzaną w najbliższym sąsiedztwie. Thor pełni funkcję centrum usług hostingowych oraz infrastruktury do przetwarzania danych „w chmurze”. Jednym z pierwszych klientów centrum została ogromna firma DataPipe, która obsługuje m.in. Microsoft, Oracle, Vmware, a także z firmy z branży farmaceutycznej, finansowej, reklamy i oprogramowania.
Również Facebook szuka prądu i wygląda na to, że znalazł go na północy Szwecji. Już w 2014 roku ruszy tam pierwsze Europejskie Centrum Danych, które będzie obsługiwało 800 mln użytkowników tego portalu społecznościowego. Szefowie firmy nie ukrywają, że główną zachętą dla lokalizacji była bliskość źródeł energii odnawialnej z elektrowni wodnych.
2. Produkujemy energię sami
Na to stać chyba tylko najbogatszych. Ale jak się okazuje są i tacy. Sztandarowym przykładem takiej firmy jest Google, potentat z branży IT. Zaczynał od budowy serwerowni w pobliżu tanich i ekologicznych źródeł energii, a dzisiaj takie źródła buduje na własne potrzeby sam. W 2009 roku zainwestował w farmę wiatrową w amerykańskim stanie Iowa, gdzie uruchomiono wartą 600 mln dolarów serwerownię. Strategicznym projektem energetycznym spółki jest jednak największa na świecie elektrownia słoneczna, zlokalizowana w Stanach Zjednoczonych na pustyni Mojave. Zresztą Google coraz intensywniej inwestuje również w europejskie elektrownie, wykorzystujące energię odnawialną. Twórca największej wyszukiwarki w internecie nie ukrywa, że jego celem jest zasilanie swojej infrastruktury odnawialnymi źródłami energii, które nie emitują dużych ilości dwutlenku węgla do atmosfery.
A dlaczego warto przytoczyć przykład spółki z branży nowych technologii, która z dużym zużyciem energii raczej nie jest kojarzona? Bo według ubiegłorocznego raportu Greenpeace International centra, w których gromadzone są zasoby największych portali informacyjnych i społecznościowych, zużywają 1,5-2 proc. produkowanej na świecie energii elektrycznej, a zużycie to rośnie w tempie 12 proc. rocznie. Według szacunków ekologów zasilanie całego internetu (czyli centów danych i sieci) pochłania rocznie 623 TWh. To ponad cztery razy więcej niż w tym okresie zużywa cała Polska.
3. Przesyłamy energię prawie bez strat
Tak, wiem. Nie da się, a taka opcja stoi w jawnej sprzeczności z podstawową tezą tego wywodu. Ale są przecież inwestycje, czy chociażby aglomeracje, które nie mogą – ot tak – przenieść się w góry czy na pustynię. Muszą energię transportować z odległych często rejonów. A fakt, że strat nie da się zlikwidować nie oznacza, że nie można sprowadzić ich do akceptowalnego poziomu. Tu przykładów też jest wiele, choć dobra technologia tylko jedna. Mowa o HVDC, przesyle energii w formie prądu stałego wysokiego napięcia, sztandarowej technologii ABB, której spółka jest pionierem i liderem.
W takim właśnie systemie połączono dwie elektrownie wodne w północno-zachodniej części Brazylii z São Paulo, głównym ośrodkiem gospodarczym kraju (2 x 600 kV, połączenie o długości 2,5 tys km). Podobnie dostarcza się energię z największej na świecie elektrowni wodnej – Zapory Trzech Przełomów w Chinach – do Szanghaju. Połączenie ma długość 1040 km i jest w stanie przesyłać do 3000 MW mocy.
Czy wreszcie budowane przez ABB obecnie pierwsze połączenie ultrawysokiego napięcia przesyłające energię z górskich elektrowni wodnych w północnych Indiach do oddalonego o 1700 km zaludnionego regionu Agra. Linia ma napięcie 800 (kV) i będzie mogła przesłać 8000 MW.
Rozwiązanie to ma pewne ograniczenia, otóż zastosowanie HVDC jest tańsze tylko w przypadku przesyłu prądu na dużych odległościach, zazwyczaj większych niż 600 km liniami napowietrznymi i ponad 50 km, jeśli chcemy użyć kabli podmorskich. Za to generowane straty nie przekraczają 7 proc.
I który sposób najlepszy? Dylemat godny Lorda Farquaada, któremu przyszło wybierać spośród trzech księżniczek, a każda miała wady... Na szczęście w ogóle jest wybór, każdy znajdzie swoje optymalne rozwiązanie i miejmy nadzieję – jednocząc się z w tym z organizacją Greenpeace – że jeśli nie chęć ochrony środowiska naturalnego, to może ekonomia zadecyduje, że najwięksi konsumenci energii elektrycznej zaczną stosować rozwiązania eliminujące jej marnotrawienie.
Spalanie paliw kopalnych, produkcja cementu, wylesianie i inne rodzaje aktywności ludzi spowodowały w 2010 r. wyrzucenie do atmosfery rekordowych 10 mld ton czystego węgla – wynika z wyliczeń międzynarodowego zespołu badaczy publikujących na łamach "Nature Climate Change".
Jednocześnie donoszą oni, że emisje dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych na świecie wzrosły w ostatnich 20 latach aż o 49 proc. Wyniki analiz, wykonanych w ramach Global Carbon Project pokazują też, że emisje CO2 ze spalania węgla, ropy i innych paliw kopalnych w samym 2010 r. wzrosły o 5,9 proc., zaś od roku 1990 o 49 proc. Rok 1990 pojawia się w tym kontekście jako szczególny punkt odniesienia – zgodnie z Protokołem z Kioto kraje uprzemysłowione mają ograniczyć do 2012 r. ogólną emisję gazów cieplarnianych o 5,2 proc. w porównaniu właśnie z rokiem 1990. (źrodło: wnp.pl, PAP)