czwartek, 11 października 2012

Święto dla programistów, czyli krótki wywiad z organizatorami DevDay 2012

Michał Śliwoń i Rafał Legiędź są pomysłodawcami i głównymi organizatorami konferencji DevDay, którą zorganizowano w tym roku już po raz drugi w Krakowie. Pod patronatem ABB, 250 programistów spotkało się na AGH, gdzie mieli szansę posłuchać prelekcji śmietanki developerskiego światka, lepiej się poznać lub też spotkać starych znajomych. Impreza, już po raz drugi, została bardzo dobrze oceniona przez uczestników. Pytamy zatem organizatorów gdzie tkwi sukces DevDay:

DevDay, jednym zdaniem, to?

[Rafał] DevDay to darmowa konferencja dla programistów nastawiona na wysokiej jakości prelekcje oraz możliwość spotkania się pasjonatów w luźnej atmosferze wykładów, rozmów i imprezy pokonferencyjnej.
[Michał] DevDay to Święto dla Programistów.

To już druga edycja imprezy. Jak porównalibyście ją do DevDay 2011?

[Michał] DevDay 2012 zachował tę samą formułę, ten sam rozmiar, przyjął te same założenia, co poprzednik, ale patrząc po jego odbiorze - był nieporównywalnie lepszy.
[Rafał] Impreza miała powtórzyć sukces z poprzedniego roku. Zaskoczeniem było dla nas to, że nie tylko powtórzyła, ale praktycznie każdy jej aspekt został poprawiony.

Jak wyglądały przygotowania do tegorocznej edycji?

[Rafał] Z doświadczenia z poprzedniego roku - przygotowania do imprezy tegorocznej zaczęliśmy już w styczniu. W zespole organizatorów znalazło się w tym roku aż 14 osób.
Dzięki pomysłowości zespołu - mieliśmy szansę zaskoczyć uczestników nietrywialnymi elementami konferencji, jak np. koszulki konferencyjne z miejscem do pisania na plecach, co w rezultacie dało ciekawe kompozycje uczestników.
[Michał] Są też osoby, które pomagają nam za pomocą niewidzialnych rąk. Przemysław Zakrzewski był osobą, która w zeszłym roku jako pierwsza uwierzyła, że nasz pomysł zorganizowania konferencji ma sens.
Bez jego wsparcia, pomocy i wiary w nas - nie byłoby ABB DevDay 2011 ani DevDay 2012.

Udało Wam się ściągnąć kilka ważnych nazwisk ze świata informatyki. Warto było?

[Rafał] Pewnie!
[Michał] Proszę zapytać tych wszystkich uczestników, którzy prosili o autografy, wspólne zdjęcia, którzy zadawali pytania osobom, których książki czytają. Bez tych nazwisk to wydarzenie nie byłoby tak dobre!

Jakieś szczególne momenty, które utkwiły Wam w pamięci z tegorocznej imprezy?

[Rafał] Nie było jednego momentu, to cały dzień, to atmosfera unosząca się w powietrzu, to radość, którą było widać na twarzach uczestników, ta inspiracja, która została na później.
[Michał] To również e-mail od uczestnika, po konferencji, że DevDay zainspirował go do zmian w życiu.

Jaką wartość ma impreza typu DevDay dla ABB?

[Rafał] ABB jest firmą, która nie kojarzy się z wytwarzaniem oprogramowania, a my pracując tutaj dobrze wiemy, że bardzo dużo elementów w firmie zależy od systemów wytworzonych przez nas. Dzięki tej imprezie możemy również zaprezentować się jako firma z dużym potencjałem developerskim.
[Michał] Najlepsi programiści mają to do siebie, że uwielbiają skupiać się w społecznościach, uwielbiają ze sobą rozmawiać, inspirować się nawzajem. ISDC i ABB mają ambicje być w tej grupie.

Już dziś macie szansę zachęcić do udziału w przyszłorocznej edycji. Dlaczego warto przyjechać za rok? Macie już jakieś wstępne plany?

[Michał] Zamierzamy powtórzyć sukces z tego roku, a skoro podobało się uczestnikom - zapraszamy już teraz.
[Rafał] Mamy w myślach parę pomysłów na naprawdę miłe niespodzianki. Nie zapeszajmy na razie :)

Dziękujemy za wywiad.



Zobacz pełną galerię zdjęć z DevDay >>>

Rafał Legiędź - Senior Software Developer w łódzkim Centrum Systemów Informatycznych ABB (ISDC)









Michał Śliwoń - Software Developer/Designer w łódzkim Centrum Systemów Informatycznych ABB(ISDC)

czwartek, 4 października 2012

Ustawa o OZE. Może będzie, a może nie...

Nie jest dobrze. Trójpak energetyczny rodzi się w bólach, wiele środowisk ma zastrzeżenia do planowanych zapisów, a tu na horyzoncie pojawiają się kolejne czarne chmury – być może ustawa o odnawialnych źródłach energii zostanie z ustaw energetycznych wyłączona i uchwalona ... nie wiadomo kiedy. Nic dobrego wyniknąć z tego nie może. Mało tego, już wiadomo, że nic dobrego nie wynika nawet z publicznych dywagacji na ten temat...

Komplikacja czy brak przeszkód?

Wiceminister gospodarki Mieczysław Kasprzak zastanawia się, co z tym fantem zrobić. Wyłączyć ustawę o OZE z „trójpaku”, przenieść pewne elementy regulacyjne z innych ustaw, a może część zapisów wprowadzić do innych aktów prawnych? A w ogóle, to regulacje miały zostać uchwalone do końca roku, a szanse na to są coraz mniejsze. Stawką w grze są także ustawy Prawo energetyczne i Prawo gazowe. Wszystkie potrzebne. Na każdą z nich czeka rynek.
– Jednoczesne procedowanie w Sejmie trzech ustaw jest niemożliwe. Rzecz polega na tym, że w jednej ustawie odwołujemy się do drugiej. W ustawie o OZE są odwołania do tej energetycznej i to komplikuje sprawę – wyjaśnia Mieczysław Kasprzak. Wyjaśnia? Jak dla mnie nie bardzo, ale wiceminister dodaje też szybko, że te odwołania znajdują się w kilku miejscach, więc przyjęcie ustaw oddzielnie, nie powinno stanowić istotnej przeszkody. Tak więc nie wiadomo – komplikacja czy brak przeszkód? Ale spraw niewyjaśnionych jest znacznie więcej, bo przecież ustawa ta ma wdrożyć do polskiego prawodawstwa unijną dyrektywę o promowaniu energii z odnawialnych źródeł. Czas na to minął w grudniu 2010 roku. Nie rozwiązano również kwestii szkoleń i uprawnień dla audytorów oraz rozdzielenia przesyłu energii od jej produkcji. A do tego w tle trwa międzyresortowy konflikt o podział pieniędzy z kar nakładanych na tych, którzy nie produkują energii odnawialnej. Według Ministerstwa Finansów pieniądze te powinny trafiać do budżetu. Według resortu gospodarki – podobnie jak w całej Unii – powinny wspierać rozwój OZE.

To tylko „oficjalna” przyczyna?

Krótko mówiąc nic nowego. Każde istotne i oczekiwane prawo rodzi się w naszym kraju w bólach. Z tego więc punktu widzenia powyższy wywód nie ma większego sensu, bo trzeba przyjąć, że tak jest i już. Ot, taka lokalna przypadłość. Ale sprawa ma jednak szerszy wymiar niźli tylko krytyczna ocena systemu prawodawczego w Polsce. Otóż te właśnie opóźnienia i publiczne dywagacje zaczynają przynosić wymierne konsekwencje. Niestety niezbyt optymistyczne.
Jak informuje „Financial Times" duńska firma Dong Energy oraz hiszpańska Iberdrola szykują się do wyjścia z inwestycji wiatrowych w Polsce. Obie firmy należą do największych inwestorów w tym segmencie energii odnawialnej w naszym kraju. Według dziennika zagraniczni inwestorzy są zniecierpliwieni zamieszaniem, jakie wciąż trwa wokół polskiego prawa, dotyczącego energii odnawialnej! I choć wielu specjalistów podkreśla, że to tylko „oficjalna” przyczyna, bo tak naprawdę spółki te przyjęły strategię redukującą zadłużenie, stąd pewne decyzje, to jednak sygnał wysyłany w świat nie jest dla nas pozytywny. I po raz kolejny nie jest fajnie, kiedy Europa pokazując nas palcem ma prawo powiedzieć: to Ci, którzy prostej ustawy przez kilka lat napisać nie potrafią...



Sławomir Dolecki

wtorek, 25 września 2012

Efektywność stała się prawem

No i stało się. Parlament Europejski przyjął dyrektywę efektywnościową. Pisaliśmy o tym wielokrotnie, choć zawsze w kontekście, że „kiedyś to nastąpi”. Właśnie nastąpiło.
Tym razem efektywność nie będzie wyborem, ale obligiem. Swoją decyzją Parlament wprowadził obowiązek wdrażania działań, które będą skutkowały racjonalnym (czytaj: oszczędnym) gospodarowaniem energią.

Zobowiązania dla państw członkowskich obejmują termomodernizację budynków administracji publicznej, optymalizację gospodarki energetycznej dla dystrybutorów, dostawców i dużych firm, które już przed audytem energetycznym nie uciekną. Według urzędniczych wyliczeń, ograniczenie zużycia energii o założone 20 proc. pozwoli zaoszczędzić w ramach Wspólnoty 50 mld euro rocznie.

Co wyniknie z tego ambitnego planu, który zresztą w ramach unijnych prac został znacząco okrojony i osłabiony, pokaże czas. Zgodnie z regulacjami mamy 18 miesięcy na wdrożenie zapisów nowej dyrektywy. Komisja Europejska przyjrzy się efektom prac poszczególnych państwa członkowskich w roku 2014, i wówczas się okaże, czy Polska po raz kolejny trafi na index. Podobnie, jak było to z dyrektywą w sprawie bezpieczeństwa jądrowego, dyrektywą gazową, dyrektywą w sprawie e-pieniądza itd...



Sławomir Dolecki

poniedziałek, 17 września 2012

Szkody milionowe, wykrywalność minimalna

Jest szansa, że będzie lepiej. Co prawda jeszcze się na świecie nie zdarzyło, żeby urzędnicza deklaracja uzdrowiła sytuację, ale zawsze lepsze to niż ciągłe narzekanie, załamywanie rąk i nieustająca bezradność. Bo problem istnieje od zawsze. I od zawsze policja nie daje sobie z nim rady. A sakramentalna, ogłaszana przez sądy, „niska społeczna szkodliwość czynu” zachęca kolejnych – nazywając rzecz po imieniu – ZŁODZIEI i SZKODNIKÓW!

Straty rosną lawinowo

Tak właśnie wygląda u nas problem kradzieży infrastruktury energetycznej. Zresztą dotyczy to także infrastruktury kolejowej i telekomunikacyjnej. Dlatego właśnie trzech państwowych regulatorów postanowiło połączyć siły i uroczyście... podpisać Memorandum. Prezesi Urzędu Komunikacji Elektronicznej, Urzędu Regulacji Energetyki oraz Urzędu Transportu Kolejowego chcą walczyć z plagą kradzieży, głównie kabli, które później znajdują zbyt w punktach skupu metali kolorowych, a których właściciele nie szczególnie interesują się skąd owe 200 czy 300 metrów opalonego z izolacji kabla pochodzi. A powinni się interesować. I zdaje się prawo też coś na ten temat mówi... No, ale wróćmy do Memorandum. – Kradzieże i dewastacje infrastruktury energetycznej stwarzają niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia ludzi, powodują przerwy w ciągłości dostaw energii oraz zwiększają koszty funkcjonowania przedsiębiorstw energetycznych, które później wpływają na wysokość rachunków – podkreśla Marek Woszczyk, Prezes URE. A mówi prezes o niebagatelnych sumach, bo w roku 2010 koszty odbudowania zniszczonych fragmentów infrastruktury – tylko energetycznej – wyniosły 10 milionów złotych. Rok później suma ta osiągnęła już 18 milionów! Krótko mówiąc – straty rosną lawinowo.

Jak przekonać złodzieja

Memorandum to niestety jedynie element kampanii społecznej. Tyle dobrego, że oficjalnie popiera ją Policja, Straż Ochrony Kolei, media i firmy z okradanych branż. Ma powstać plan wspólnych działań. Jednak nie ma co ukrywać, że największe pole do popisu mają tu policjanci, więc z optymizmem (umiarkowanym) można przyjąć osobiste poparcie dla tej inicjatywy Komendanta Głównego Policji, który zobowiązał komendantów wojewódzkich do objęcia szczególnym nadzorem wszystkich spraw związanych z kradzieżą i dewastacją infrastruktury. Dlaczego optymizm jest umiarkowany? Bo statystyki są dla dotychczasowych starań policjantów bezlitosne. Wykrywalność tego typu przestępstw jest na północy i południu kraju jednocyfrowa. Na zachodzie Polski – gdzie skuteczność Policji w tej mierze jest najwyższa – wynosi 13 proc. I z jednej strony rodzi się w takich sytuacjach niewiara w skuteczność tego typu działań, oparta na dotychczasowych doświadczeniach i statystykach. Z drugiej zaś przemożna chęć uwierzenia w możliwość rozwiązania problemu. Memorandum podpisane nawet przez stu prezesów i deklaracja woli najważniejszego policjanta nie są w stanie przekonać złodzieja, że nie powinien kraść. On musi mieć świadomość nieuchronności kary. To jedyna recepta. Ale potraktujmy to, jako krok w dobrym kierunku. A jeśli za nim pojawi się kolejny, i uruchomiona zostanie konsekwentna sekwencja działań, to statystyki za rok 2012 powinny to wykazać.



Sławomir Dolecki


wtorek, 4 września 2012

Przyroda i technologia zawarły kompromis

Ekologia, piękno gór i energetyka zaczynają się w naszej świadomości tak bardzo przeplatać, że stają się niemal nierozłączne. Publikacje dotyczące podróżowania w najpiękniejsze zakątki naszego kraju zawsze były pełne literackich uniesień, zachwytów nad doskonałością przyrody, cudownością lasów i strumieni, śpiewem ptaków, dających wytchnienie cieni rzucanych przez strzeliste jodły w upalne przedpołudnie. Nikt nigdy nie zawracał sobie głowy sprawami przyziemnymi, gdy w grę wchodził opis na przykład Doliny Pięciu Stawów Polskich w Tatrach. Miejsce jest tak urokliwe, że nie sposób połączyć go z oczyszczalnią ścieków, wysypiskiem czy elektrownią. To to byłoby zbrukaniem ideału...

Dolina Pięciu Stawów Polskich (źródło: Wikipedia)
A jednak ekologia, piękno gór i energetyka stają się jednością. Dowód na to znalazłem niedawno na jednym z portali, który w swoim serwisie podróżniczym, niemal połowę tekstu o schronisku PTTK właśnie w Dolinie Pięciu Stawów, poświęcił... zasilaniu. Nie brakuje tam oczywiście wspaniałych opisów i zachwytu nad niezwykłością tego miejsca, bo prawda jest taka, że dolina ta zasługuje na najwyższe uznanie. Bo jak pisze autor reportażu: „nagrodą za pokonanie finalnego skalnego rygla jest kontakt ze skondensowanym wysokogórskim pięknem.”

Tekst polecam. Nie tylko ze względu na to, że powakacyjny czas sprzyja powrotom do miłych chwil spędzanych na łonie natury, ale dzięki nowej perspektywie reportażysty możemy dowiedzieć się skąd płynie energia do schroniska i dlaczego właśnie tam „przyroda i technologia zawarły kompromis”.

Reportaż dostępny jest tutaj:
Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów - siła z gór



Sławomir Dolecki


środa, 29 sierpnia 2012

Oswajanie odpadów

Pod koniec maja, w tonie trochę humorystycznym, podniosłem temat coraz bardziej nerwowego poszukiwania paliw alternatywnych, co skutkuje deficytem... śmieci w skali europejskiej. („U progu pierwszej wojny śmieciowej”) Ale okazuje się, że przedsiębiorcy, czyli – w przeciwieństwie do ekologów – grupa społeczna kierująca się przede wszystkim rachunkiem ekonomicznym, jest skłonna zainwestować, żeby znaleźć i wykorzystać kolejne źródła „odpadowej” energii. Znaczy wierzą, że się opłaci.

Jedna cementowania

Dobrym przykładem są tu – po raz kolejny zresztą – cementownie. Ten niezwykle energochłonny i – mówiąc delikatnie – niezbyt ekologiczny przemysł, znowu sięgnął po rozwiązania, które na zdrowy rozsądek są po prostu bez sensu. A jednak!
Cementownia Wildegg, należącej do firmy Jura Cement, wykombinowała sobie, żeby energię elektryczną pozyskiwać z ciepła, które jest efektem ubocznym procesu technologicznego i znajduje ujście standardowym kominem. Mało tego, to ciepło jest już raz wykorzystane do osuszania nieprzetworzonych materiałów, ale nawet po tym temperatura jest na tyle wysoka, by stosując odpowiednią technologię wygenerować energię.
Zaawansowane technologicznie rozwiązanie oparte jest na ORC (Organic Rankine Cycle – Obieg Organiczny Rankine’a), procesie termodynamicznym, który pozwala przekształcić ciepło w elektryczność. Bo z biznesowego punktu widzenia, dla wytwarzania energii opłacalna jest utylizacja gazów kominowych o temperaturze niewiele wyższej niż 200OC.

3,5 tysiąca domów

Całą konieczną technologię i urządzenia dostarczy ABB, które ma czas na uruchomienie nowego systemu do listopada 2013 roku. Projekt jest na tyle innowacyjny i ciekawy, że zyskał status strategicznego projektu energetycznego i jest wspierany przez Federalny Departament Energii w Szwajcarii.
Wstępnie szacuje się, że kiedy tylko system zostanie uruchomiony, koszty energii elektrycznej, pobieranej przez cementownię Wildegg, zmniejszą się o ok. 20 proc. Z ciepła odpadowego ma powstawać 14,4 tys. MWh energii elektrycznej, co można przełożyć na zużycie przez ponad 3,5 tys. gospodarstw domowych. Z niecierpliwością, i tym razem z należytą powagą, czekam na kolejne doniesienia o alternatywnych źródłach energii. Śmieci i dym z komina już zostały „oswojone”, co będzie następne?


Sławomir Dolecki


piątek, 24 sierpnia 2012

Transportowanie gigantów

Transformator – choć zasada jego działania jest niezmienna od ponad 150 lat – jest urządzeniem technologicznie bardzo zaawansowanym. Nowoczesne materiały, stopy metali o ściśle określonych parametrach magnetycznych, niemal kosmiczne rozwiązania uzwojeń, precyzyjnie wypracowany kształt czy wreszcie właściwy olej lub żywica, decydują o jego parametrach. A ma być cichy, niskostratny, niezawodny, a także samodzielnie informować obsługę o wszelkich parametrach własnej pracy i odchyleniach od normy.

Pogranicze logistyki i technologii

Ale dziś nie o tym. Bo tak naprawdę jest jeszcze jedna dziedzina dotycząca największych transformatorów mocy, traktowana trochę po macoszemu. To logistyka, a można by nawet rzec – pogranicze logistyki i technologii.
Przecież nawet najdoskonalszy w formie i treści transformator nie jest przydatny na fabrycznym placu, trzeba go przecież dostarczyć do miejsca pracy, gdzie podłączony do sieci wykaże się wszystkimi swoimi zaletami. Niestety, bywa że to wyzwanie jest porównywalnie trudne, jak sam proces projektowania i produkcji. Giganty ważące kilkaset ton pracują przecież w wielu niedostępnych miejscach na świecie, w hydroelektrowniach w wysokich górach czy na przełomach wielkich rzek, płynących przez niezmierzone lasy tropikalne.

Pięć ciężarówek jednocześnie

I o takim właśnie przypadku będą dwa słowa. I tylko dwa, bo z niesamowitej podróży dwóch największych na świecie transformatorów mocy wysokiego napięcia prądu stałego powstał krótki film, pokazujący ogrom logistycznego wyzwania i technicznych sztuczek, dzięki którym ze szwedzkiej Ludviki urządzenia trafiły w okolice Porto Velho w Brazylii.

Statkiem, koleją, barką i wreszcie na lawecie, którą ciągnęło... pięć ciężarówek jednocześnie. W końcu 400 ton to nie w kij dmuchał!
Ale i sam projekt wart jest przybliżenia. Rio-Madeira HVDC połączy dwie nowe elektrownie wodne w północno-zachodniej Brazylii z miastem Sao Paulo. Kiedy linia o długości 2,5 tys. kilometrów zostanie ukończona, stanie się najdłuższym na świecie energetycznym łączem przesyłowym. Ale o tym też w filmie.


Inne filmy:
http://www.youtube.com/watch?v=ZCmAXXVpzh8
http://www.youtube.com/watch?v=oO-WeqLgi0Q



Sławomir Dolecki